O nas


Hodowla Ogara Polskiego z Przewiesia
Hodowla Ogara Polskiego z Przewiesia

Witamy Państwa na stronie Hodowli Ogara Polskiego z Przewiesia. 

 

 Kontynuując rodzinną pasję do polowań oraz zamiłowanie do psów prowadzimy hodowlę Ogarów użytkowych. Naszym celem jest stworzenie linii psów pracujących na polowaniach zbiorowych i indywidualnych jako dzikarze i tropowce.

Hodowla "z Przewiesia" oparta jest na psach sprowadzonych z wileńszczyzny, co ma na celu utrzymanie linii psów polujących oraz zwiększenie puli genowej Ogara w Polsce.

 

 DARZ BÓR !

 

 Wojtek Kartawik z rodziną.

 

 

 

 

 Hodowla Ogara Polskiego 

 

"z Przewiesia"

 

Dlaczego ,,z Przewiesia”? Ponieważ jest to miejsce łączące naszą rodzinę. Wieś Kartawików. Położona nad rzeką Wilią pod miasteczkiem Smorgonie, sześćdziesiąt kilometrów od Wilna, na terenie obecnej Białorusi. Nasza wieś - jak mówi moja córka, chociaż już nie mieszka w niej nikt z bliskiej rodziny. Stamtąd wyszliśmy i jesteśmy z tego bardzo dumni. Na przy wiejskim cmentarzyku prawie wszystkie mogiły z nazwiskiem Kartawik. Rodzinna wieś mojego stryja Piotra Kartawika i mojego ojca Jana Kartawika. Jak mówi, będąca w dobrym zdrowiu ich siostra Żenia – hodowaliśmy zawsze konie dla wojska i psy do polowań. Psy z czarnymi plecami – jak mi powiedział spotkany przeze mnie mieszkaniec Przewiesia, pamiętający doskonale mojego ojca i stryja. Pamiętam z opowieści ojca sceny z polowań z udziałem psów ciętych, wytrwałych, odważnych, których echo rozbrzmiewało w okolicznych lasach. W dorosłym życiu powróciłem do ogara. Długo szukałem niewysokiej suki, która da początek mojej hodowli. Polka z Huculskiej Łąki, najmniejszy szczeniak w miocie odpowiada dziś wzorcowi samca. Układana na tropowca przyniosła mi wiele zadowolenia na konkursach i polowaniach zbiorowych. Brakowało tylko tej iskry, tego czegoś co widziałem w opowieściach o psach z Przewiesia. Pierwszy miot A, to miot Polki z Aresem-Sokołem, ze Stadniny Cisowiec. Wyswatał ich sędzia pan Grzegorz Weron dając im opisy na wystawie w Legnickim Polu: Ares – piękny, wzorcowy przedstawiciel rasy i Polka – bardzo dobra suka, którą trzeba by pokryć typowym przedstawicielem rasy. Trzy szczeniaki. Jedna suka Awra w rękach myśliwego czynnie poluje. Wyjazdy na Białoruś w odwiedziny do kuzyna i ciotki Żeni. Setki kilometrów przejechanych po tym pięknym kraju w poszukiwaniu psów z czarnymi plecami. Po sowchozach, od myśliwego do myśliwego od Grodna przez Baranowicze, Lide, do Mińska. Adresy, telefony, zdjęcia. Skąd brał psy Piotr? Z informacji zebranych przez rodzinę z Białorusi, wziął je z okolic Zalesia blisko Smorgoni, z majątku Ogińskich. ,,Ateny północy”, jak nazywano posiadłość wybudowaną w latach 1802-1805. W pięknym zespole pałacowo-parkowym znalazła się strzelnica, zwierzyniec i oczywiście psiarnia. Michał Kleofas Ogiński, twórca poloneza ,,Pożegnanie Ojczyzny” trzymał przywiezione z ziem polskich ogary. Schyłek świetności Zalesia po wyprowadzeniu się w 1823 roku gospodarza, trwał do I Wojny. Pałac zamieniono w szpital. Psy trafiły do okolicznych gospodarstw, zamożniejszych domów oraz w ręce myśliwych. Z takiego domu oddalonego o osiem kilometrów od Zalesia, miał swoje psy Piotr Kartawik przed II Wojną. Z tego też gniazda zabrał ogary do Polski. Prawdopodobnie przy zamożnych domach na terenie Litwy były i inne ogary ale linia obecna w Polsce od 1959 roku przetrwała w Zalesiu Ogińskich, rozchodząc się po Białorusi. Z tych okolic, dzięki ogromnemu zaangażowaniu rodziny, przywiozłem w styczniu 2013 roku do kraju szczeniaki. Przegląd hodowlany w Rzeszowie w wieku piętnastu miesięcy, psy przeszły pomyślnie; podobnie jak ja, sędziowie eksterieru wpisem do KW widzą w tych psach ogary. Rudy i Vik czynnie polują. Po spotkaniu z dzikiem Rudy swą zajadłość do zwierza przypłacił siedemnastoma szwami. Vik bardziej opanowany układany jest na tropowca. Ten pies został ojcem drugiego miotu Polki. Sprowadzone psy to bracia. Mocne i duże. W końcu października 2013 roku przywiozłem z Białorusi sukę o imieniu Wilia. 27 września 2014 roku pomyślnie przeszła przegląd hodowlany we Wrocławiu. To jest ta moja iskra. W Wilii zobaczyłem tego ogara, o którym opowiadał mi ojciec; uparta i nieustępliwa, wytrwale głosząca na gorącym tropie, rozsądna przy dziku i miła w obcowaniu z ludźmi. Jak dalej potoczą się losy hodowli ,,Z Przewiesia”? Mam nadzieję, że swoje oparcie hodowla znajdzie na psach użytkowych sprowadzonych z Białorusi. Trzonem hodowli zostaną ogary dobrze sprawdzone na polowaniach. Jak będzie naprawdę - czas pokaże. Moim osobistym sukcesem, jest akceptacja rodziny i jej pomoc w realizacji mojej pasji. Wszystkim zaangażowanym w rasę Ogar Polski oraz jej sympatykom życzę - Darz Bór !

 

Wojtek Kartawik

jesień 2014r.

 

 

 

 

1%

Dla przewodnika tropowca praca na postrzałku jest dużym wyzwaniem, a zakończona sukcesem, stanowi wielką radość i prowadzi do ogromnej zażyłości pomiędzy psem i jego właścicielem.
Zgłoszenie otrzymałem piątego stycznia wieczorem. Z Piotrkiem znamy się z uwagi na pracę i spotkania na wyjazdowych polowaniach zbiorowych. Dzwonił, bo byk strzelany przez niego był mocny jak na warunki jego koła. Zapewniał mnie, że dostał po przednim badylu, że jest ślad na zestrzale, farby mało, że jeśli nie przyjadę, to tak naprawdę nic się nie stanie, bo byk przeżyje a on pojedzie rano na gęsi ale sprawdzić to jednak trzeba. Umówiłem się w leśniczówce na ósmą rano. Psy zawsze wiedzą, pomimo że chowam otok i obrożę tropową, o wyjeździe na poszukiwania. Przy żałosnym szczekaniu pozostających i radosnym szaleństwie wybrańca, opuściliśmy podwórko. Zawsze wtedy myślę o ,,radosnym” obudzeniu przez psy śpiącej żony i innych domowników. Święto Trzech Króli zaczęliśmy z moim ogarem Vikiem od wizyty u leśniczego. Do porannej kawy Piotrek powygrzebywał z kieszeni kurtki fragmenty rurkowych kości, namacalny dowód trafienia w badyl. Jak jeleń wysoko przyjął kulę, jak daleko uszedł, czy dołączył do chmary, czy i gdzie zalegnie i co na to bytujące w łowisku wilki? Piotrek nie jest ,,z pierwszej łapanki”. To myśliwy z rodziny polującej od pokoleń z ponad trzydziestoletnim stażem, wie że dojście zwierza tak strzelonego nie jest łatwe i chociaż jak powiedział jest tylko jeden procent szans, to jednak sprawdzić trzeba. Pamiętając pracę Vika na postrzałku jelenia na początku sezonu ustaliłem pewną zasadę: dopóki pies prowadzi, to my idziemy, bez względu na wszystko. Zestrzał to kilka kropel farby, zerwana ścioła i parę odprysków kostnych. Obroża tropowa, otok, to jasny przekaz dla psa, że zaczynamy pracę. Pierwszy raz Vik ma na sobie lokalizator Garmin. Jak zawsze poczułem mały ścisk w żołądku i pytanie: jak sprawi się pies? Vik wyciągnął się jak długi na zestrzale i ochoczo wąchał osiemnastogodzinny ślad. Podjął trop. Prowadził poprzez sosnowy las bez podszycia po lekko zmrożonej pokrywie. Już dawno nie tropiliśmy razem. Zauważyłem zmianę w jego pracy; muszę trzymać otok. Niby nic takiego ale Vika latem układała moja córka Natalia pod okiem znanej asystentki pułkownika Woźniaka pani Małgorzaty Anioł-Zielińskiej ze szkoły ,,Tropowiec”. Ogar pracował wówczas na zupełnie luźnym otoku a ręce można było trzymać w kieszeniach. Tak dochodziliśmy postrzałka w październiku. Teraz lekko ciągnął a ja miałem sobie za złe, że podkładałem psa na polowaniach zbiorowych, bo przecież ogar to musi grać! A pani Małgorzata Zielińska powtarzała: albo dobry tropowiec, albo dobry dzikarz. Pokonaliśmy kolejne wzniesienie i nareszcie jest potwierdzenie – kropla farby. Mamy za sobą około trzysta metrów. Piotrek próbuje prowadzić rozmowę – zagaduje, chwali psa, opowiada o myśliwskich zdarzeniach związanych z mijanym młodnikiem, jednym słowem dba o odpowiedni nastrój a ja mam w głowie tylko jedno – niech wreszcie będzie cicho i da mi się skupić na pracy ogara. Nie widać odciśniętych tropów, nie ma farby, tylko martwa pokrywa suchej ścioły i napięty otok. W takich chwilach mam jedną myśl: zaufaj psu. Następne wzniesienie, drągowina i jest - kawałek kości. Dobry piesek! Dobrze idzie i nagle lekki zwrot w lewo, ogon inaczej zamachał – coś jest nie tak. Otok mocno się napiął i wszystko jasne: świeże przejście jeleni. Ponownie pożałowałem, że Vik układany na tropowca hulał na zbiorówkach. Stanowcze: trzymaj trop! Pies zaczął robić woltę. Przypomniał mi się garmin. Szybko powiększyłem mapę i obserwowałem pozostawiony przez nas na niej ślad. Pies zaczyna zamykać koło i samodzielnie naprowadził się na trop. Kolejne dwieście metrów i jest farba. Spojrzałem na kolegę: lekko zroszone potem czoło, wydłużony oddech, sztucer ciąży na ramieniu ale mówić nie przestaje – teraz na tapecie jest pies. Piaskowa droga, a na niej odciśnięty trop byka. Szybka analiza: brak farby, rzeczywiście rozmiar ,,buta” niczego sobie, ale rozstaw jakby trochę skrócony. Ciągle naprzód. Kiedyś się położy, przecież musi odpocząć. Kolejne wzniesienie a na nim drągowina. Vik pobudzony. Kufa na górnym wietrze, ciska się to w prawo, to w lewo. Odłożyłem go karnie. Jest łoże. Jedno, drugie, jest też sfarbowane. Podnieśliśmy byka naszym gadaniem, farba jest świeża. Zalegał z innymi jeleniami. Trzy koła i Vik prowadzi właściwym tropem. Są częste potwierdzenia. Praca nabrała tępa. Szybki marsz daje się we znaki. Piotrek ,,zmienił” płytę; leciało to tak: jak to dojść takiego byka, stale się będzie podnosił, na piechotę to się nie da, itp. Teren ponownie zaczął się wznosić i mój myśliwy trochę został w tyle. ,,Radio zgasło”. Na szczycie wzniesienia widziałem duży prześwit a więc będzie niska uprawa. Ręką nakazałem ciszę. Pies trzyma głowę wysoko. Skróciłem otok. Podchodziliśmy wolno i naszym oczom ukazał się piękny widok: byk o ładnym porożu przesuwa się majestatycznie po sosenkach zakrywających go do połowy. Zwijam Vika i nakazuję Piotrowi strzał. Ten nieco zaskoczony opiera się o drzewo i składa się aby zakończyć polowanie. Huk wystrzału odbił się echem. Widziałem, że to pudło. Zwierz utykając głęboko zagłębił się w młodnik. Mój towarzysz, który tak dzielnie znosił trudy marszu nie wytrzymał. Obwiniał się za zmarnowaną taką okazję – jak teraz dojść jelenia? Oddając mi sztucer powiedział, że mam sam go sobie znaleźć. Od tego jest pies. Wziąłem broń i puściłem ogara w gon. Powoli szedłem przez młodnik nasłuchując. Krótkie i głośne szczekanie w jednym miejscu mówiło o wszystkim; Vik stanowił byka. Jeszcze sześćset metrów przez gęstwinę i powoli wypracowałem bezpieczny strzał łaski. Zwierz kładzie się w ogniu. Ten moment w sercu myśliwego jest przedziwny. Odczuwa się wielką satysfakcję, radość zwycięstwa, spełnienia życiowej pasji a jednocześnie pełen szacunku, pewien rodzaj smutku po utraconym, gasnącym u naszych stóp życiu, które w osobie dostojnego zwierza, niezależnie od wielkości i gatunku, jeszcze przed chwilą było obiektem naszego pożądania i rywalizacji. Do tego dochodzi wielkie zadowolenie z pracy naszego psa, któremu udziela się nasz nastrój i potęguje więź z nami oraz rośnie jego pasja myśliwska. Zakończenie poszukiwań w postaci upolowanej sztuki jest naturalną nagrodą i stanowi dla psa zachętę do kolejnej pracy. Piotrek w końcu dotarł do nas i kiedy wręczałem mu złom i gratulowałem byka stwierdził, że te wszystkie zaszczyty i pochwały to się należą Vikowi za taką pracę jakiej on jeszcze nie widział. Była to prawda. Garmin wskazał odległość od zestrzału do miejsca stanowienia; było to: trzy tysiące sześćset czterdzieści metrów.


Wojtek Kartawik