Pułkownik Piotr Kartawik


Piotr Kartawik
Piotr Kartawik

,,...Koło namiotu stali myśliwi, wszyscy w zielonych myśliczkach, z torbami borsuczemi, ze śrutówką przez ramię i torbą jałowcową, a stary dojeżdżacz stał wsparty na siodle koło białego konia, a wkoło niego piętnaście sfor ogarów zalegało na polu, a wszystkie czarne, podżarte, wargi obwisłe, oczy krwią zaszłe, szerokie w krzyżach, szorstkiej sierści, prawdziwe wilczarze. ..
...Słyszeć w kniei zgodną muzykę ogarów to prawdziwa rozkosz. Myśliwy polujący z ogarami, jest swego rodzaju artystą. Przede wszystkim musi znać naturę zwierza, jego sposoby obrony i jego zwyczaje. Niemniej musi znać się na sposobie gonienia psów i ich sposobie wydawania głosu, a to dlatego, że ogar innym głosem goni grubego zwierza, a innym drobnego, innym głosem gdy tylko zwierza szuka, czyli chodzi tropem starym, a inaczej gdy wpadnie na trop świeży, albo goni już na oko...
...Te rodzaje polowań były wielce cenione w Polsce przedrozbiorowej i do I wojny światowej. Rozległe łowiska na wschodzie Polski nadawały się świetnie do tego rodzaju łowów. ... Mieliśmy własną rasę bardzo dobrych psów gończych, dość dużych, czarnych od góry, podpalanych od dołu. ... Cenione były psy gończe za wiatr, głos i wytrzymałość w gonie... Myśliwi polujący z ogarami to gończarze. Zadanie ogarów to gonienie, naszczekiwanie i napędzanie myśliwym zwierza, z czego wzięła się ich nazwa psów gończych (gończaków).
...W czasie gonu czy to jest blisko, czy daleko, czy zbliża się czy oddala, myśliwy nie jest skazany na bierne czekanie. Jeżeli sfora jest dobrze zestawiona głosami, ma w każdej sekundzie szczegółową relację z psich głosów o położeniu w terenie. Doświadczony myśliwy z grania poznaje, czy psy gonią szaraka, wilka czy lisa, czy gonią na oko, czy tropem, a jeśli tak, to w jakiej przypuszczalnej odległości i który pies widzi, a który się doławia i ta pełna wyrazu muzyka lasu jest największym urokiem polowań z gończymi.“
Tak o ogarach i polowaniu z nimi pisał twórca polskiego języka łowieckiego Stanisław Hoppe. W atmosferze takich polowań, wśród takich psów wychowywał się urodzony w Sołach, powiat Oszmiany, 25 czerwca 1918 roku, Piotr Aleksander Kartawik, który po dwóch miesiącach, krótko przed zakończeniem I wojny powrócił z rodzicami do rodzinnego Przewiesia.
Pierwsze wzmianki o Przewiesiu datowane są na rok 1377, czyli dużo wcześniej niż od znajdującego się nie opodal miasteczka Smorgonie. Założona nad rzeką Wilią osada myśliwska swą nazwę wzięła od rozciąganych sieci, w które była naganiana zwierzyna. Mieszkańcy osady, a potem małej wsi położonej w lesie zajmowali się polowaniem.
Przodkowie Piotra, założyciele osady, pochodzili z okolic Witebska. Dziadek Szczepan Kartawik był leśniczym w pobliskich lasach. Posiadał dwa domy, z których jeden wynajmował gościom z Mińska jako letniskowy z uwagi na przepiękne walory okolic Przewiesia. Syn Szczepana Aleksander, także jako leśnik pracował w Rosji, na Łotwie w okolicach Rygi, a w końcu powrócił do lasów smorgońskich i zamieszkał w rodzinnym Przewiesiu. Aleksander wraz z żoną Marią mieli pięcioro dzieci; Zenoidę, która zmarła w wieku siedemnastu lat, Katarzynę, Piotra, Jana i Żenię, która jako sędziwa staruszka mieszka obecnie w Smorgoniach. W czasie I wojny światowej przez ponad dwa i pół roku pięćset metrów od domu rodziców Piotra przebiegała linia frontu pomiędzy wojskami rosyjskimi a niemieckimi. Z tego powodu rodzina była przeniesiona w głąb Niemiec, a powróciła najpierw do wsi Trokieli, w rejon miejscowości Soły, gdzie urodził się Piotr i w sierpniu 1918, do Przewiesia. Dlatego też, oprócz języka białoruskiego, dzieci mówiły także po niemiecku i polsku. Szkołę powszechną ukończył Piotr w Smorgoniach. Jako młody chłopak bardzo lubił obcować ze zwierzętami. Rodzina zajmowała się hodowlą koni, które były przez nich ujeżdżane, a następnie sprzedawane dla polskiego wojska. Drugą rodzinną pasją była hodowla psów do polowań. W Przewiesiu, gdzie polowali prawie wszyscy, w każdej zagrodzie wuja, stryja czy kuzyna były psy myśliwskie. Psy z czarnymi plecami. Ogary z pobliskiego Zalesia - Aten Północy - majątku Kleofasa Ogińskiego twórcy poloneza pt. ,,Pożegnanie Ojczyzny“. Po schyłku świetności Zespołu Pałacowo - Ogrodowego Ogińskich, przed I wojną światową, psiarnia ,,rozeszła“ się po znaczniejszych domach i okolicznych leśnikach i myśliwych. W okresie międzywojennym Piotr Kartawik, jako młody chłopak, zajmował się samodzielnie hodowaniem psów. Miał swojego ulubieńca, jednookiego ogara, psa o wielkiej pasji do polowań. Trzymany był w domu. Jednak na daleki odgłos walki sfory z wilkami, otworzył sobie okno i po dołączeniu do polowania, zginął zagryziony przez basiora. Piotr długo go opłakiwał i często wspominał jego zalety.
Wieczorami myśliwi z Przewiesia spotykali się ze sobą w domach, opowiadając często swoje przygody łowieckie z udziałem ogarów, naśladując ich głosy i odgrywając scenki myśliwskie z przeżytego polowania. Często młodzi siadali wspólnie i recytowali ,,Pana Tadeusza“, zwłaszcza fragment polowania. Młodszy brat Jan, znał całą książkę na pamięć.
W takiej atmosferze, wśród myśliwych i leśników wzrastał Piotr, kształtując swoją wrażliwą osobowość i hartując się w trudach polowań.
Drugiego stycznia 1935 roku podjął pracę w Urzędzie Gminy w Smorgoniach jako referent podatkowy. Pracował tam do 17 września 1939 roku tj. do dnia kiedy armia sowiecka zajęła teren powiatu smorgońskiego. 30-go września 1940 roku Piotr Kartawik został wcielony do wojska radzieckiego i wysłany na kurs sierżantów do Kazania. Po wybuchu wojny niemiecko - sowieckiej, 22 czerwca 1941 roku, skierowano go na front. Brał czynny udział w walkach w okolicach Białegostoku, Grodna i pod Smoleńskiem, jako dowódca zwiadu baterii. W początkach grudnia 1941 jego jednostka została okrążona przez niemiecki oddział pancerny. Dowódca dywizji, pułkownik Świrydow wydał rozkaz aby małymi grupami przedzierać się przez pierścień okrążenia i na tyłach organizować grupy partyzanckie. 12-go grudnia dotarł Piotr pod Mińsk, gdzie dostał się do niewoli niemieckiej. Przebywał w stalagu, którym było szczelnie ogrodzone szczere pole, bez baraków czy innych zabudowań. Warunki były straszne. Do jedzenia dostawali padłe konie. Wiedział, że w tych warunkach nie przeżyje zimy. Zorganizował ucieczkę. Z dziesięciu zbiegów tylko jemu i jego koledze udało się uciec i dotrzeć do Przewiesia. Przydała się nabyta podczas polowań umiejętność radzenia sobie w lesie. Przebrany w cywilne ubrania zimę spędził ukrywając się w domu i u swojej starszej siostry Katarzyny w małej osadzie Naraty. Tworzyła się w rejonie Mińsk - Mołodeczno grupa partyzantów sowieckich imieniem ,,Kutuzowa“. Piotr miał w ich oddziale pseudonim ,,Hak“. Był łącznikiem z tworzącym się w rejonie Wilna partyzanckim oddziałem Armii Krajowej o nazwie ,,Nietoperz“. Dorywczo pomagał Piotr ojcu w pracach. W dzień przyjeżdżali nad rzekę Wilie Niemcy, odpoczywać, łowić ryby. Piotra, jako znającego język niemiecki, zabierali ażeby wskazywał najlepsze łowiska, pomagał podczas wędkowania - często łowiono za pomocą granatów. W nocy przychodzili partyzanci, z którymi chodził jako przewodnik, wysadzać tory kolejowe, opanowując doskonale technikę zakładania ładunków wybuchowych. ,,Takie to były czasy“ - jak wspominała jego siostra Żenia. Niemieckie i litewskie gestapo rozpracowało grupę ,,Kutuzowa“. W odwecie dom siostry Katarzyny w Naratach, gdzie ukrywał się Piotr, został spalony a ona sama cudem uniknęła śmierci. Aresztowano i wywieziono na roboty do Niemiec młodszego brata Jana. On sam od dnia 13 września 1944 roku przeniósł się na stałe do oddziału ,,Nietoperz“ Armii Krajowej, gdzie miał pseudonim ,,Karaś“. Był z-cą dowódcy plutonu zwiadu. Jego oddział operując w rejonie Wilna niszczył pomniejsze placówki niemieckie. Brał udział w powstaniu w Wilnie, a później w jego wyzwoleniu. 7-go sierpnia 1944 roku wcielony ponownie do armii wybrał Wojsko Polskie. Skierowano go na szkołę oficerską w Riazaniu w dniu 17 sierpnia. W Oficerskiej Szkole Piechoty był do 15-go marca 1945 roku, po czym wyjechał bezpośrednio na front. Jako dowódca plutonu zwiadu 4 pułku piechoty 2 Dywizji Polskiej w czasie forsowania rzeki Odry, w kwietniu 1945 roku, przed natarciem ujął dwóch jeńców, co pozwoliło na rozpoznanie pozycji wroga. Takiego czynu dokonał także w czasie forsowania Łaby. Jako dowódca plutonu a następnie dowódca kompanii zwiadu konnego pułku brał udział w bardzo krwawych walkach. W przeciągu trzech miesięcy trzykrotnie wymieniany został stan osobowy jego kompanii, z uwagi na tak dużą ilość zabitych. On sam nie był w tym czasie nawet ranny. Jak wspominał o tych wydarzeniach swojemu siostrzeńcowi Walerkowi - to Opatrzność nad nim czuwała. Przeszedł z 2 Dywizją od 15-go marca 1945 roku szlak bojowy do Berlina. Wielokrotnie był odznaczany; min. Srebrnym Medalem ,,Zasłużony na polu chwały“, Krzyżem Walecznych, Krzyżem Partyzanckim, Medale - ,,Za Warszawę“, ,,za Udział w Walkach o Berlin“ oraz najważniejszy - ,,Order Virtuti Militari“. Po zakończeniu wojny pozostał w wojsku. W 1946 roku zmarł jego ojciec.

 

W powojennej Białorusi Piotr miał narzeczoną, lecz pomimo wyznaczonej daty ślubu, ożenił się z inną - 7 października 1947 roku w Kielcach z Otylią Rejmuza, której matka pochodziła z Przewiesia. Mama Otylii – Anastazja - jako młoda dziewczyna wyjechała do Sankt Peterzburga na nauki. Poznała tam Polaka służącego w carskim wojsku – Józefa Rejmuza. Poślubiła go i zamieszkała w jego rodzinnym Grodzisku Mazowieckim w Polsce. Z ich córką Otylią poznał Piotra kuzyn z Poznania. Jak mówią dobrze poinformowane źródła rodzinne, była to miłość od pierwszego wejrzenia. Po ślubie zamieszkali w Kielcach, gdzie Piotr służył w wojsku jako dowódca batalionu. W tym też roku urodziła się córka Alicja. Druga córka Maryla przyszła na świat w 1949 roku. Po śmierci starszej córki, przenieśli się do Krosna Odrzańskiego, gdzie Piotr pracował w tamtejszym garnizonie wojskowym w stopniu kapitana. Od 2-go listopada 1949 do 7-go czerwca 1950 roku był słuchaczem Wyższej Szkoły Piechoty. W tym też okresie odnalazł poprzez Czerwony Krzyż i sprowadził z Niemiec, rannego w ostatnich dniach wojny w czasie nalotu, a przebywającego w amerykańskiej strefie, brata Jana. W 1951 roku urodziła się córka Anna, a w 1953 - Elżbieta. Od roku 1959 rodzina zamieszkała we Wrocławiu.
Major Piotr Kartawik pracował w sztabie Śląskiego Okręgu Wojskowego. Stał się jednocześnie animatorem kynologii łowieckiej na Dolnym Śląsku. Pełnił funkcję przewodniczącego Komisji Hodowli i Tresury Psa Myśliwskiego Dolnośląskiej Rady Łowieckiej oraz był członkiem takiej komisji w Naczelnej Radzie Łowieckiej. Organizował pierwsze próby i konkursy dla psów myśliwskich w województwie wrocławskim.
W dalszym ciągu Piotr utrzymywał kontakt z rodziną z Przewiesia często ich odwiedzając. W roku 1959 z domu położonego niedaleko Zalesia, z tego samego miejsca, z którego miał psy przed wojną, przywiózł do Polski suki Czitę i Zorkę oraz psa Burzana. Imię dla Zorki wybrał siostrzenic Piotra, syn Żeni - Walerek. w Polsce założył, na bazie tych psów, hodowlę ,,Z Kresów“. Selekcjonując psy pod względem użytkowości - gon, wytrwałość, pasja, orientacja w terenie - dochował się Piotr Kartawik Obala, który między innymi, posłużył Jerzemu Dylewskiemu w 1964 roku do opracowania wzorca. Był to najukochańszy pies rodziny. Znany był też wrocławskiej milicji, z uwagi na liczne ucieczki.
15-ty listopada 1966 roku to data zatwierdzenia wzorca Ogara Polskiego przez FCI pod nr 52. Wielce pomocny w tym był ówczesny wiceprezes FCI, czeski generał, Wacław Ruzicka. Piotr starał się żeby psy polowały. W każdą niedziele tramwajem jechał z trzema lub czterema psami w podwrocławskie lasy na przechadzkę myśliwską; oceniał pracę, głos i cierpliwie czekał na ich powrót, przywołując je grą na swoim rogu lub na lufach dubeltówki. Z ogarami na polowania jeździł też do swojego brata Jana, który był leśniczym w lasach lubuskich, jak również w okolice Opola, Trzebnicy, Oleśnicy i Sycowa. Jak wspomina jego córka Elżbieta - więcej czasu poświęcał psom, niż swoim dzieciom. Ogarami ,,zaraził“ Piotr lotnika Tadeusza Orlewskiego założyciela hodowli ,,z Kosmolanki“. Często ze sobą rozmawiali i pisali do siebie listy, wymieniając swoje spostrzeżenia na temat psów.
Piotr Kartawik potrafił wyselekcjonować najlepsze osobniki zarówno pod względem eksterieru jak i przydatności do polowań. Robił to ponieważ wzrastał wśród tych psów i wiedział co powinny sobą reprezentować Ogary.
W pracy zawodowej stale podnosił swoje kwalifikacje; był słuchaczem w latach 1957 - 1959 Wojskowej Oficerskiej Szkoły Ogniowej w Olsztynie i Elblągu. Od 1963 pracował w Opolu w Wojskowej Komendzie Uzupełnień, a następnie po 15 marca 1966 powrócił do wrocławskiego sztabu i pracował sprawując nadzór w stopniu podpułkownika nad wszystkimi komendami uzupełnień w województwie.
Nadszedł 16 luty 1969 roku. Dzień, w którym odszedł do Krainy Wiecznych Łowów Piotr Kartawik. Opowie o tym wydarzeniu ostatni żyjący uczestnik tragicznego polowania, na którym zginął Piotr - Kazimierz Janas:
,, Z płk Kartawikiem znałem się od 1953 roku. Byłem w wojsku w Krośnie Odrzańskim w czynnej służbie jako kierowca. Przy jednostce było Koło Łowieckie, któremu szefował por. Kartawik. Jego i innych wojskowych - myśliwych woziłem na poligon, gdzie polowali. Już wtedy miał w jednostce dwa psy. Jeden na pewno foksterier trójkolorowy, a drugi podobny do ogara ale trudno mi powiedzieć co to za rasa. Po odbyciu służby wojskowej wróciłem do Wrocławia. Mieszkałem blisko Śląskiego Okręgu Wojskowego. Upłynęło kilka lat i spotkałem płk Kartawika. Opowiedział mi o swoich ogarach. Kilkanaście razy byłem w jednostce szkolenia operatorów ciężkiego sprzętu, gdzie trzymał swoje psy. Pomagałem przy sprzątaniu, dowozie słomy i trocin, przywoziłem mięso z rzeźni. Do chwili wypadku byliśmy z dziesięć razy wspólnie na polowaniu. Często, już po zmierzchu, siedzieliśmy przy ognisku gawędząc o psach.
Dnia 10 lutego 1969 roku spotkaliśmy się po południu na ulicy Powstańców Śląskich. Pułkownik szedł do psów. Zaproponował polowanie u leśniczego Leśnictwa Goszcz, w Nadleśnictwie Oleśnica, Stanisława Polaka, na terenie dewizowym. Umówiliśmy się na środę w Wojewódzkiej Komendzie Uzupełnień. Poprosiłem o załatwienie odstrzału także dla Ludwika Szydełki, zięcia leśniczego Stanisława Polaka. W gabinecie Kartawika przebywały cztery osoby: płk Kartawik, oficer lotnictwa w stopniu kapitana, którego nie znałem, adiutant pułkownika sierż. Wyderko i ja. Kartawik przez telefon głośnomówiący, połączył się z dyrektorem okręgowym lasów, panem Bronisławem Filią, w którego gestii były odstrzały na terenach dewizowych. Poinformował go, że wysyła adiutanta po trzy odstrzały. Dyrektor Filia odpowiedział, że właśnie wychodzi do wojewody i żeby przyjechać w poniedziałek, że o polowaniu wie i jak to powiedział - a wy sobie polujcie.
16 lutego przyjechałem swoją warszawą po Kartawika o szóstej rano. Jechał z nami adiutant sierż. Wyderko. W nocy spadło ponad piętnaście cm śniegu. Była piękna ponowa. Samochód zostawiliśmy w leśniczówce u Stanisława Polaka w Domasławicach. Leśniczy Polak nie poszedł z nami na polowanie. Poszli: płk Kartawik ze swoją dubeltówką z długimi lufami kal.16, adiutant sierż. Wyderko, który był bez broni, Ludwik Szydełko z bokiem, ja ze swoim sztucerem oraz Jan Pawłowski, który chodził z psami - bez broni. Z leśniczówki szliśmy w kierunku torów kolejowych. Po drodze wzięliśmy dwa młodniki ale bez strzału. Trzeci młodnik ja obstawiłem od toru, w tej samej linii, około 150 - 200 metrów dalej, stał płk Kartawik. Szydełko zajął stanowisko z tyłu, w miejscu gdzie do młodnika weszli Wyderko i Pawłowski, w razie gdyby zwierzyna się cofnęła. Po około dziesięciu minutach zobaczyłem jak Kartawik mierzy i strzela. Widzę jak łamie broń i przeładowuje. Następnie wchodzi w las i po paru sekundach pada drugi strzał, po którym usłyszałem okrzyk - auuu. Pobiegłem tam gdzie stał pułkownik. Przeleciało mi przez głowę, że zaatakował go dzik. Dwadzieścia metrów od tego miejsca leży Kartawik, obok lis i dubeltówka z lufami skierowanymi w jego stronę. Po chwili nadbiegli Szydełko i Wyderko, krzyknąłem - ratujcie go i pobiegłem cztery kilometry do leśniczówki wezwać pomoc. Polak zadzwonił po karetkę, ja z jego synem Marianem, pojechaliśmy moim samochodem na miejsce wypadku. Taki był śnieg, że trudno było jechać. Kartawik już nie żył. Pogotowie, które prowadził Stanisław Polak, przyjechało późno, nie mogli jechać po takim śniegu. O 11.15 był wypadek, a o 14.20 w radio był komunikat, że na polowaniu zginął wysokiej rangi Oficer Wojska Polskiego. Wtedy się zaczęło dla nas piekło; dwóch prokuratorów wojskowych, Wojskowa Służba Wewnętrzna, Urząd Bezpieczeństwa, samochód żołnierzy pod bronią do obstawy całego terenu, zadysponowany śmigłowiec, kilku wysokiej rangi oficerów, milicja z Trzebnicy, Sycowa i Oleśnicy, dwie karetki i trzech lekarzy. Po zabezpieczeniu śladów o godzinie 20.00, wniesiono pułkownika do ambulansu. Oględziny zwłok robiono w lesie na miejscu. Postrzał śrutowy z bliskiej odległości - świadczyła o tym opalona prochem kurtka na powierzchni 6-7 cm. Ładunek przechodząc przez kieszeń w spodniach i narożnik kurtki ugodził pułkownika w lewą pachwinę trafiając prosto w aortę. Z rany postrzałowej wydobyto monetę zgiętą przez śruciny. Śmierć nastąpiła przez upływ krwi. Lekarze na miejscu zrobili sekcję lisa. Ściągnęli z niego skórę. Widoczne były nieliczne przestrzeliny śrutowe, oraz złamane dwa żebra wskutek uderzenia. Analizując wszystkie zebrane dane przyjęto następującą rekonstrukcję zdarzenia: pierwszy strzał do lisa nie był śmiertelny. Świadczy o tym około trzy metrowy ślad - rów w śniegu pozostawiony przez ciągnące tylne kończyny zwierze. Przypuszczalnie pułkownik, nie chcąc dziurawić drugim strzałem futra, ujmując za lufy dubeltówki, uderzył z bliskiej odległości lisa, o czym świadczą dwa złamane jego żebra, oraz ułożenie ciała myśliwego i położenie broni, lufami do pułkownika. w okolicy nie odnaleziono innych śladów, które nie należałyby do uczestników zajścia. Prokurator zabrał nam wszystkim broń do ekspertyzy. Z lasu wyjechaliśmy dobrze po dwudziestej trzeciej. Po kilkunastu dniach zostaliśmy wezwani z Ludwikiem Szydełko do prokuratury wojskowej. Oddano nam broń. Nie postawiono nam żadnych zarzutów. Prokurator, który był tam w lesie, przyniósł dubeltówkę Kartawika, złamał ją naciągając sprężyny, odbezpieczył, a następnie uderzył kolbą o podłogę. Jedna iglica uderzyła. Niesprawność broni uznano za główną przyczynę wypadku. Dyrektor Okręgowego Zarządu Lasów Bronisław Filia, który zezwolił jechać nam na polowanie, napisał pismo do Wojewódzkiej Rady Łowieckiej, że on o niczym nie wiedział, i że to było kłusownictwo. Na sprawie, w Okręgowej Radzie Łowieckiej, przewodniczący sądu łowieckiego zadawał pytania najpierw mnie. Poprosiłem o przesłuchanie wszystkich osób, które były w gabinecie pułkownika 10-go lutego i słyszały jego rozmowę z Filią przez telefon głośnomówiący, o czym on nie wiedział. Sędzia w przerwie zadzwonił do dyrektora Filii, który wycofał oskarżenia o kłusownictwo wobec Kartawika mnie i Szydełki.“
Kazimierz Janas, który opowiedział, jako naoczny świadek o wydarzeniach związanych ze śmiercią Piotra Kartawika, bardzo przeżył odejście swojego towarzysza łowów. W miejscu tragicznego zajścia postawił na własny koszt nagrobek, a obecnie ufundował płytę pamiątkową. Pamięć o pułkowniku kultywuje wśród myśliwych wspominany syn Stanisława, Marian Polak, zapalając przed polowaniami znicze, w miejscu zwanym Krzyżówką Pułkownika Kartawika.
W miejscu tym, na drugi dzień po tragicznym zdarzeniu, był z najmłodszą córką Piotra Elżbietą, brat Jan. Obejrzał miejsce, rozmawiał z prowadzącymi dochodzenie, zbierał informacje. Jego zdaniem, które przekazał Otylii, Piotr, jako etyczny myśliwy, nigdy nie dobijałby lisa kolbą, a już na pewno trzymając broń za lufy. Świadomość, że sprawa nie została wyjaśniona do końca pozostało w rodzinie do dnia dzisiejszego. Trudno powiedzieć, czy przekonanie Jana o udziale w wypadku osoby trzeciej związane było z rozgoryczeniem po stracie jedynego brata, czy też opierało się na nieznanych nam faktach. Prawdą jest, że choć minęło już tak wiele lat od tego wydarzenia, nutka żalu i niedowierzania w sprawie wyjaśnienia śmierci Piotra drga w sercach rodziny. Zwłaszcza dlatego, że stracili wspaniałego męża i ojca. Człowieka bardzo spokojnego o pogodnym usposobieniu, który kochając polowania i sprowadzając ,,te swoje” psy, przeniósł cząstkę swojego świata młodzieńczego, cząstkę atmosfery łowów z ogarami z Przewiesia, na ziemie wrocławsko-opolskie.
Po śmierci męża Otylia Kartawik musiała walczyć o zachowanie mieszkania, środki do utrzymania i wykształcenia córek. W tym celu była nawet u ówczesnego Ministra Obrony Narodowej. Poczuła się osamotniona i opuszczona przez byłych, licznych kolegów męża.
Psy natomiast przeszły w większości w ręce osób słabo związanych z myślistwem. Zabrakło człowieka z pasją, który doskonale wiedział jaki cel hodowlany i użytkowy chce osiągnąć. Człowieka, który w Ogarze widział odbicie swojej duszy, podobnego sobie zapalonego myśliwego ceniącego ponad wszystko wolność natury w bezkresnym lesie.


Wojtek Kartawik. Jesień 2015.